o projekcie
archiwum historii mówionej
kolekcje
kontakt
o muzeum emigracji w gdyni
wyszukiwarka
A A wersja kontrastowa
+dodaj swoją historię
Anna Hadrysiewicz

 

Z Polski wyjechałam 18 września 1987 roku. Przyczyną wyjazdu było zamknięcie w Warszawie redakcji czasopisma „Radar”, w której pracowałam. Utrata pracy jako dziennikarka i zakaz jej wykonywania miały być karą do momentu, aż „wyprostują się” nam nasze kręgosłupy polityczne. W kieszeni miałam akurat zaproszenie od mojej przyjaciółki do Berlina Zachodniego, więc postanowiłam wyjechać na pół roku albo rok, doszlifować język niemiecki i powrócić do kraju. W chwili wyjazdu nie było dla mnie innej opcji jak tylko żyć w Polsce, działać dalej politycznie i pisać reportaże. Wizją mojego życia było wyłącznie dziennikarstwo, którego tłem był polityczny protest przeciwko systemowi komunistycznemu.

Komunistyczna opozycja w Zachodnim Berlinie


Przed wyjazdem zdobyłam od przyjaciół w Warszawie kilka ważnych adresów i nazwisk polskich emigracyjnych działaczy solidarnościowych przebywających w Berlinie. Z dworca ZOO dojechałam taksówką do wynajętego dla mnie pokoju. Mieścił się on w zrujnowanej kamienicy w jednej z najgorszych dzielnic miasta. Jako pierwsze zapisałam się na kurs języka niemieckiego (z Polski zabrałam ze sobą około 500 marek zachodnich, moje oszczędności z poprzedniego wyjazdu do Niemiec) i telefonicznie zaczęłam nawiązywać kontakty z polskimi emigrantami. Pierwszym Polakiem, z którym się spotkałam był Edward Klimczak, prowadzący opozycyjne wydawnictwo i pismo „Pogląd”. Dość szybko weszłam w duży krąg polskich działaczy solidarnościowych. Spotykaliśmy się w różnych organizacjach jak Związek Polskich Uchodźców, Polska Rada Socjalna w Berlinie, Polski Kościół. Brałam udział w demonstracjach ulicznych na rzecz przywrócenia w Polsce Związku Zawodowego „Solidarność”.

Kluczowy dylemat

Minęły jednak trzy miesiące mojego oficjalnego pobytu, na który miałam turystyczną wizę, gdy stanęłam przed wyborem: wracać do Polski czy też złożyć wniosek jako polityczny uchodźca, czyli wniosek o polityczny azyl. Dobrze pamiętam tę myśl, która wtedy mnie przeraziła, zaskoczyła, wprowadziła w absolutną konsternację: ja, pełna pary dziennikarskiej, zaangażowana w imię polskiego patriotyzmu – Nie, ja nie chcę wracać do Polski! W tym momencie nie wnikałam w moje wewnętrzne argumenty. Byłam dalej zaangażowana w polską sprawę, pisałam znów do polskiej prasy, czułam się dalej działaczką na rzecz „Solidarności”, więc jakby wszystko się zgadzało. A jednak było zupełnie inaczej. Dotarło do mnie, że tu w Berlinie mam wybór – mogę dalej angażować się w polskie kręgi, ale nie muszę. Wybór, którego nie miałam w Polsce. Tam był obowiązek (tak byłam wychowana w domu rodzinnym) walki z wrogiem. Obowiązek walki o niepodległą Polskę, wszystko co pisałam, było temu podporządkowane. Czy reportaż o narkomanie, samobójcy, lumpie dworcowym, wszystko to miało drugie dno – wszystkiemu był winny komunizm, precz z nim! I tu w Berlinie, w chwili wyboru: wracać czy zostać, poczułam się tym obowiązkiem zmęczona. Zmęczona polskim patriotyzmem, polskimi moralnymi nakazami… Wśród Niemców było duże zainteresowanie wydarzeniami w Polsce. Nie tylko organizowali pomoc przesyłając masę paczek do Polski, ale i na miejscu pomagali finansowo i politycznie działaczom emigracyjnym.

Po przejściu procedury azylowej uzyskałam schronienie. Azylant polityczny otrzymuje wszystkie prawa przynależne obywatelowi danego kraju, poza prawem wyborczym. A więc miałam nieograniczone prawo pobytu w Niemczech z możliwością wyjazdu do każdego kraju na świecie prócz Polski i innych komunistycznych krajów. Chroniło mnie prawo pracy, otrzymywałam pomoc socjalną, sfinansowano mi jeden z najlepszych kursów języka niemieckiego. Przebywałam dalej w emigracyjnych kręgach, ale zerkałam już z zaciekawieniem, co to za miasto, w którym żyję. Wielokulturowe, barwne, żyjące w dzień i w nocy. Chciałam je zrozumieć, oddychać jego atmosferą i chciałam być i ja przez to miasto rozumiana.

Dobry dystans

Wyszłam za mąż za Polaka, urodziłam dzieci i rodzina stała się najważniejszym moim priorytetem. Wychowując, czy też, jak Janusz Korczak powiadał, towarzysząc w życiu moim dzieciom, utwierdzałam się w przekonaniu, że mają to być wolni ludzie, mają stawać przed swoimi wyborami bez nakazów i przymusów. I tak z czasem zaczęłam się też oddalać od polskich kręgów emigracyjnych.

Mój ukochany zawód dziennikarki okazał się niemożliwy do wykonywania. Przekwalifikowałam się na pielęgniarkę i wiele lat pracowałam w domach opieki dla starszych ludzi. To było następne cenne doświadczenie w kontaktach z Niemcami. Jak rozmawiać i pielęgnować „katów” mojego kraju, a jak „nie-katów”, to znaczy ich dzieci, które pod rządami Adenauera żyły w czasie berlińskiego cudu gospodarczego. Te i podobne konfrontacje niemiecko-polskie, z czasem konfrontacje z innymi narodowościami takimi jak Turcy, Rosjanie, narodami byłej Jugosławii, sprawiły, że nabierałam i na dzień dzisiejszy umocniłam się w dystansie do Polski, do jej historii i do jej misjonarstwa. I to uważam za swój największy sukces emigracyjnej drogi.