o projekcie
archiwum historii mówionej
kolekcje
kontakt
o muzeum emigracji w gdyni
wyszukiwarka
A A wersja kontrastowa
+dodaj swoją historię
Dorota Kozak

 

Wyjechaliśmy z Polski 10 kwietnia 1994 roku, wylosowaliśmy tzw. zieloną kartę. Od zawsze moim marzeniem było zamieszkać w USA. Nie wiem dlaczego, ale zawsze marzyłam, czułam, że chce tu być i mieszkać. Może się to wydawać dziwne, ale takie miałam marzenie. Być może dlatego, że dużo moich przyjaciół ze szkolnych lat zamieszkało w Stanach na stałe. No i ten mit o Ameryce bardzo mi się podobał.

Marząc o wieżowcach

Ważne było dla mnie to, że przyjeżdżam do Stanów z moim ukochanym mężem i że ta podróż będzie dla nas nowym doświadczeniem. Byłam bardzo podekscytowana wyjazdem, miałam 21 lat i tak naprawdę nic nie wiedziałam o życiu. Wyjechaliśmy do Stanów zaraz po naszym ślubie. Myślę, że nasi rodzice bardzo przeżyli nasz wyjazd, wiem, że bardzo się o nas martwili. Bo tak młodzi ludzie, chcą wyjechać bardzo daleko w nieznane, tak daleko od rodziny.

Mieliśmy w Stanach bardzo dobrych przyjaciół. Zwłaszcza jednego, Piotra, który bardzo pomógł nam się zaaklimatyzować. Przyjeżdżając do Stanów nie mieliśmy nic do stracenia. Dostaliśmy wyprawkę na drogę. Na lotnisku w trakcie pożegnania z rodziną bardzo płakaliśmy.

Co sobie wyobrażałam po przylocie tutaj? Chyba jak każdy, chciałam zobaczyć te wspaniałe amerykańskie wieżowce.

Trudne dobrego początki

Po wylądowaniu przeszliśmy specjalną odprawę celną dla emigrantów, która nie należała do najprzyjemniejszych. Nie znając języka czułam się troszkę taka… załamana. Na szczęście na lotnisku czekał na nas Piotr, nasz przyjaciel i jedyna wtedy przyjazna nam dusza. Niesamowicie ucieszyłam się na jego widok. Piotr zabrał nas do swojego mieszkania, a tam czekał na nas dobry polski obiad przygotowany przez jego mamę. Po kilku godzinach pojechaliśmy do mieszkania, które wynajął dla nas Piotr. Kiedy je zobaczyłam, pomyślałam: Boże, gdzie ta Ameryka??? Było to mieszkanie w tzw. polskiej piwnicy. Razem z nami mieszkały tam jeszcze dwie osoby. Wszystko było wspólne: łazienka, kuchnia i pralnia zamykana na kłódkę przez właściciela mieszkania. Do tego mieliśmy maleńkie okienka, coś okropnego. Kiedy chcieliśmy zrobić pranie, musieliśmy dodatkowo zapłacić za dostęp do pralni.

Już po dwóch dniach od przylotu, załapałam się do pracy do tzw. cleaning service. Sprzątałam domy zamożnych ludzi. To było straszne przeżycie. Nie chodzi mi o samą pracę, bo lubię pracować i zawsze miałam zapał do pracy, ale właścicielka tego serwisu wszystkich traktowała bardzo źle. Zawsze kiedy wspominam tę pracę mam dreszcze, chociaż też mogę powiedzieć, że zobaczyłam wtedy jak żyją prawdziwi bogaci Amerykanie. Takich domów pełnych przepychu nie widziałam do tej pory w Polsce. Wtedy poczułam wielki żal i chciałam wracać do mojej kochanej rodziny. Często płakałam nocami. Mój mąż nie pracował prawie dwa tygodnie i bardzo to przeżywał. Chciał wracać do Polski już po paru dniach. Było nam bardzo ciężko, mimo że mieliśmy siebie. Było ciężko, bo kompletnie nie znaliśmy języka, miasta, ulic… dla mnie wtedy to był koszmar.

Zmiany na lepsze

Po trzech miesiącach życia w tzw. piwnicy, kuzyn mojego męża znalazł nam super mieszkanie. Kupiliśmy pierwszy samochód i nie musieliśmy już dojeżdżać do pracy autobusami. Mąż zaczął pracować i jakoś zaczęliśmy pchać tą naszą dolę do przodu. Jak sobie dzisiaj to wszystko przypomnę, ten brak znajomości języka, ludzi, miasta – to naprawdę było straszne. Przeprowadziliśmy się do normalnego apartamentu, gdzie mieszkaliśmy tylko we dwoje: ja i Zbyszek. Właścicielem budynku, w którym wynajmowaliśmy nasze mieszkanie był pan Lalik. Nigdy go nie zapomnę. Historia jego życia jest niezwykle ciekawa. Urodził się podczas II wojny światowej w Stanach. Po wojnie jego rodzice wraz z nim i jego rodzeństwem wrócili do Polski. Ale po kilku latach znów przyjechali do Stanów i zamieszkali już na stałe w Chicago. Wynajmowaliśmy mieszkanie u pana Lalika przez pięć lat. Czasem wpadał do nas na kawę i pogawędkę. Mogłam słuchać jego opowieści godzinami…

Z czasem zaczęliśmy meblować nasze wynajęte mieszkanie. Pamiętam nasz pierwszy telewizor. Kupiłam go na wyprzedaży garażowej za 15 dolarów. Był wielki jak skrzynia, a kiedy się mocno nagrzał obraz zaczynał skakać i… nici z oglądania. Pamiętam, że był wtedy sezon Chicago Bulls i grał jeszcze Michael Jordan. Całą paczką zgromadziliśmy się przed telewizorem, ale niestety nasza skrzynia tak się nagrzała, że w końcu nie obejrzeliśmy meczu.

Brakowało nam rodziny, bardzo tęskniliśmy za bliskimi. Ale mieliśmy siebie i przyjaciół i to przyjaciele zastępowali nam rodzinę. Z nimi spędzaliśmy święta i bardzo mile wspominam te wszystkie wspólne spotkania. Także byliśmy w Chicago sami i nie sami.

>>> czytaj dalej

Pamiątki z Polski

Z Polski zabraliśmy ze sobą wszystkie podstawowe i niezbędne rzeczy do życia: garnki, pościel, talerze. Tak, aby nie trzeba było kupować tego w sklepie i wydawać pieniędzy na dzień dobry. Nie wiedzieliśmy, czy będziemy mieć pracę. Mieliśmy oczywiście pieniądze ze sobą, ale trzeba było zapłacić za mieszkanie. I trzeba było także z czegoś żyć. Oczywiście zabrałam pamiątki z domu: zdjęcia rodziców, święte obrazki. Wszystko to, co przypominało mi mój dom rodzinny, który bardzo kocham do dziś. Ale po tylu latach to tutaj w Stanach jest mój dom, czuje się tutaj dobrze. Mam swoje ulubione miejsca, dom i mały ogródek. Tutaj urodził się nasz syn Jakub i to jest jego ojczyzna.

Na pewno początki były trudne. Największą barierą dla nas był brak znajomości języka. Ale powoli, powoli, krok po kroczku opanowaliśmy język i już było o wiele łatwiej żyć.

Stolica Polonii

W czasie, w którym przylecieliśmy do Chicago mieszkało tu bardzo dużo Polaków i mieliśmy dostęp do polskiej prasy, a także do sklepów z polską żywnością. Zawsze robiłam zakupy w polskich sklepach, szczególnie jeśli chciałam kupić chleb i wędliny. Miałam taki rytuał, że zawsze w piątki po pracy zajeżdżałam do polskiego sklepu na Jackowie i robiłam zakupy.

Czuję się Polką i zawsze tak będę się czuć, tak mi w duszy gra. Do Kuby, mojego synka, mówię tylko po polsku. W domu także rozmawiamy po polsku. Święta staramy się obchodzić zgodnie z polskimi tradycjami. Jestem dumna z tego, że jestem Polką i zawsze gdziekolwiek jestem głośno mówię, że jestem z Pcimia – to wieś w województwie małopolskim, 60 km od Krakowa.

Co sprawia, że czuję się Polką? Na pewno moje korzenie, to że pochodzę z Polski, mówię w tym języku. Większość moich znajomych to Polacy. Chodzę do polskiego kościoła, zakupy robię w polskich sklepach, mój syn chodzi do sobotniej polskiej szkoły. Chociaż mam amerykańskie obywatelstwo, chcę się czuć Polką. Uwielbiam chodzić na polskie imprezy, czy koncerty polskich zespołów, na które wybieramy się całą paczką do Copernicus Center. To jest miejsce, gdzie odbywają się wszystkie polskie imprezy.

Wygrana na loterii

Jeśli mogę powiedzieć o sobie coś pozytywnego, to to, że największym moim skarbem jest moja rodzina: mąż, syn i kochająca mama. Jestem spełniona zawodowo, mam dobrą pracę w firmie z tradycjami. Czego mogę chcieć więcej? Chyba tylko trafić w totka, ale moja mama mawia: „Cieszmy się z tego co mamy, inni mają gorzej. A Twój totek to Twój Zbyszek, bo jesteś z nim szczęśliwa". Choć jestem na obczyźnie, to czuję się tu dobrze. Zimą uwielbiam, kiedy siedzimy wszyscy razem wokół kominka. Zapach palonego drewna przypomina mi ogniska, które robiliśmy w dzieciństwie nad rzeką Rabą przepływającą przez naszą miejscowość.