o projekcie
archiwum historii mówionej
kolekcje
kontakt
o muzeum emigracji w gdyni
wyszukiwarka
A A wersja kontrastowa
+dodaj swoją historię
Franciszek Gąsowski

Franciszek Gąsowski
 

Mój pradziadek Franciszek Gąsowski urodził się w 1892 roku. Jeszcze przed wybuchem I wojny światowej, w wieku 18 lat podjął decyzję o wyjeździe za pracą do Ameryki. Emigracja za chlebem w jego rodzinnych stronach (leżąca na Podlasiu wieś Płonka Kościelna, wówczas znajdująca się pod zaborem rosyjskim) musiała być w owym czasie powszechnie praktykowana. Szukając śladów rodziny pradziadka w Stanach Zjednoczonych w stanie Pensylwania, natrafiłam na wiele swojsko brzmiących nazwisk charakterystycznych dla tego regionu – Gąsowscy, Łapińscy, Stypułkowscy, Roszkowscy etc. W Forest City w stanie Pensylwania, niedaleko od miejscowości Scranton, gdzie zamieszkał pradziadek Franciszek, powstała nawet polska parafia katolicka pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa, funkcjonująca do dziś.

Przez Nowy Jork do kopalni

Przeglądając rejestry statków płynących w tym okresie do Stanów znalazłam Franciszka Gąsowskiego. Przypłynął on do Nowego Jorku 15 maja 1911 roku na statku „Lapland" z portu w Antwerpii. Jak opowiadał pradziadek, pierwszym widokiem, który zobaczyli wpływając do portu w Nowym Jorku, była olbrzymia statua Puławskiego (tak emigranci z Polski ochrzcili Statuę Wolności). Pradziadek zamieszkał w Scranton, w Pensylwanii, gdzie znalazł pracę w jednej z licznych kopalni.

Koniec XIX i początek XX wieku na skutek industrializacji i rosnącego zapotrzebowania na węgiel spowodował dobrą passę dla wydobywania tego surowca. Do pracy w kopalniach w Pensylwanii przybywali emigranci z całego świata, w tym i z Polski. W jednej z tych kopalni pradziadek Franciszek pracował po szesnaście godzin na dobę – osiem godzin jako rębacz węgla na przodku i osiem godzin kierując lokomotywą podziemnej kolejki dowożącej węgiel z urobku. Chciał bowiem odłożyć jak najwięcej pieniędzy, aby wrócić do Polski i kupić własne gospodarstwo. Dlatego też, gdy w trakcie pierwszej wojny światowej doszło do strajku w kopalni i praca ustała, pradziadek na krótki czas wyjechał do Nowego Jorku. Tam pracował na barkach dowożących pociski na statki transportowe stojące z daleka od portu, aby uchronić wybuchowy ładunek przed potencjalnymi atakami niemieckich dywersantów. Do końca potrafił wiązać specjalne węzły, którymi mocowano bomby na barce – mocne, ale jednocześnie takie, które można było rozwiązać jednym pociągnięciem. Po zakończeniu strajku w kopalni wrócił do lepiej płatnej, choć bardzo ciężkiej pracy pod ziemią.

Gangsterzy to czy weselnicy? Ślubne zdjęcie Bronisławy i Franciszka Gąsowskich z 1917 roku, fot. archiwum prywatne

W podobnym czasie, co mój pradziadek, lecz niezależnie od niego, przybyła do Stanów moja prababcia, Bronisława Perkowska, urodzona w 1883 roku. Znalazła pracę jako pokojówka u zamożnego amerykańskiego prawnika. Prababcia wywodziła się ze wsi Truskolasy Lachy sąsiadującej z Płonką Kościelną, z której pochodził pradziadek. Jednak dopiero w Stanach poznała Franciszka i mimo dzielącej ich prawie dziesięcioletniej różnicy wieku, pobrali się w Pensylwanii w 1917 roku. W rodzinie do tej pory zachowało się ich oficjalne ślubne zdjęcie, na której panowie (prawdopodobnie wszyscy to polscy emigranci) wyglądają trochę jak gangsterzy z nieco późniejszych czasów amerykańskiej prohibicji.

Po Ameryce Polska... i jeszcze raz Ameryka

W 1918 roku w Stanach na świat przyszedł mój dziadek Jan Adam Gąsowski, jedyne dziecko prababci i pradziadka. Został on ochrzczony we wspomnianym już kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa w Forest City. Przypadkowo udało mi się odnaleźć 14. spis ludności USA w Mayfield, hrabstwo Lackawanna w stanie Pensylwania z 1920 roku, gdzie wymieniono zarówno moich pradziadków, jak i dwuletniego wówczas dziadka. Zostali zapisani pod angielskimi odpowiednikami ich imion, którymi posługiwali się w Stanach, tj. Frank, Blanche i John. Niedługo po sporządzeniu tego spisu, w 1922 roku pradziadkowie podjęli decyzję o powrocie do wolnej już ojczyzny. Tam pradziadek Franciszek zbudował dom, kupił duże gospodarstwo i stał się największym gospodarzem w rodzinnej wsi, z której wyemigrował jako biedny chłopak za chlebem.

Dziadek Janek jeszcze przez długi czas odnotowany był w Polsce jako posiadający obywatelstwo amerykańskie (jak np. we wniosku rejestracyjnym dziadka na studia prawnicze w Wilnie z 1938 roku). Moja prababcia, choć sama prawdopodobnie posiadała tylko podstawowe wykształcenie, widząc jak dobrze powodzi się jej pracodawcy – amerykańskiemu prawnikowi, dołożyła wszelkich starań i środków, aby jej syn jedynak studiował prawo. Nie przewidziała jednak wybuchu drugiej wojny światowej oraz nastania systemu komunistycznego w Polsce, który nie pozwolił dziadkowi efektywnie wykonywać wyuczonego zawodu. Co więcej, stał się źródłem prześladowań wobec mojego dziadka ze strony panującego reżimu.

W latach dwudziestych, w obliczu światowego kryzysu finansowego, pradziadek Franciszek powrócił jeszcze raz do Stanów w celach zarobkowych. Tym razem wypływał do Ameryki z portu w Gdańsku na statku SS „Lituania" 25 sierpnia 1923 r. Fakt ten odnotowano w rejestrze przybyć do portu w Nowym Jorku z 1923 roku. Nie odnotowano natomiast w żadnych oficjalnych dokumentach historii spotkania pradziadka Franciszka z trochę młodszym od niego amerykańskim oficerem emigracyjnym w porcie w Nowym Jorku. Urzędnik ten zachowywał się dosyć obcesowo w stosunku do biednych migrantów z Europy Wschodniej, w tym i mojego pradziadka. Zdenerwowało to pradziadka Franciszka, który płynnym angielskim zwrócił się do niego: „Młody człowieku, może będziesz zachowywał się trochę uprzejmiej w stosunku do starszych osób. Ja byłem w tym kraju zanim się ty urodziłeś". Oficer migracyjny oniemiał ze zdziwienia (pradziadek – zwykły chłop z Podlasia – do końca życia biegle władał angielskim i rosyjskim). Pradziadek szybko jednak wrócił do żony i syna w Polsce. W Stanach pozostała natomiast starsza siostra pradziadka Franciszka. Jeszcze w latach siedemdziesiątych mój dziadek Janek utrzymywał korespondencję z córką siostry dziadka, Genowefą (Jean) Stypułkowską, do której pisał listy w języku polskim. Ona, urodzona i wychowana w Stanach, prawdopodobnie posiadała tylko bierną znajomość języka i odpowiadała na listy po angielsku.

Mój pradziadek po przybyciu do Polski zajmował się pracą na roli. Prababcia opiekowała się domem. Obydwoje przeżyli wojnę. We wspomnieniach rodzinnych zachowała się historia jak to w latach 70-tych do wsi w ramach walki z gruźlicą płuc przyjechało mobilne ambulatorium. Sporym zaskoczeniem dla lekarzy badających pradziadka i wykonujących rentgen płuc było odkrycie, iż pradziadek – rolnik zamieszkujący tereny setki kilometrów odległe od najbliższych kopalni - ma płuca pełne czarnego pyłu. Mimo pylicy pradziadek dożył prawie 90 lat i do końca swoich dni był bardzo sprawny fizycznie i umysłowo.


>>> czytaj dalej

Połączone emigracje

Po wielu latach ta krótka historia polskich emigrantów znalazła swój nowy epilog. W podobnym czasie co mój pradziadek, w poszukiwaniu lepszych szans na życie zabór rosyjski opuścił inny Polak - Józef Cichecki, urodzony w 1894 roku, mieszkający we wsi Gusin (obecne województwo łódzkie, powiat łęczycki). W planach miał prawdopodobnie również emigrację do Stanów. Dotarł nawet do Hamburga, gdzie przez jakiś czas pracował w porcie. Czy z braku środków, czy też szukając nowych wyzwań, skierował swoje kroki do miasta Perleberg leżącego wówczas w Prusach, a obecnie w niemieckim landzie Brandenburgia, w poszukiwaniu innej pracy. Tam też pracując w jednym z gospodarstw, poznał Niemkę, Hedwigę Kröhnert, którą po pewnym czasie poślubił. Z tego związku urodziła się dwójka dzieci, która przyjęła nazwisko matki (powody tej decyzji nie są do końca jasne, być może było to spowodowane faktem, iż związek Józefa Cicheckiego i Hedwigi Kröhnert został zalegalizowany prawdopodobnie dopiero po narodzinach dzieci).



Józef Cichecki zatrzymał się w drodze do Ameryki w Perlebergu. Traf chciał, że to miasto okazało się celem jego podróży, fot. archiwum prywatne

Józef Cichecki pozostał już w Niemczech. Zmarł krótko po wojnie. Jego rodzina nie utrzymywała kontaktów z Polską. W 2005 roku wnuk Józefa, Michael Kröhnert, szukając pomysłu na oryginalne miejsce do spędzenia Sylwestra podjął spontaniczną decyzję kupienia biletu lotniczego do Warszawy. Tam też na imprezie sylwestrowej w jednym z warszawskich klubów poznał autorkę tej historii. Od ponad czterech lat jesteśmy małżeństwem. Mamy dwójkę dzieci, mieszkamy w Warszawie. Już jakiś czas temu odkryliśmy, iż łączy nas również historia przodków – Polaków, którzy swego szczęścia szukali na emigracji, poza granicami okupowanego wówczas przez zaborców kraju.


Niniejszą historię spisała Hanna Gąsowska-Kröhnert, prawnuczka Franciszka Gąsowskiego.