o projekcie
archiwum historii mówionej
kolekcje
kontakt
o muzeum emigracji w gdyni
wyszukiwarka
A A wersja kontrastowa
+dodaj swoją historię
Historia rodziny Horodyskich

szukaj podobnych
Kanada język historie rodów
 

Historia mojej rodziny związana z emigracją rozegrała się dość dawno temu. Rozpoczęła się w Polsce od moich dziadków, Marjana oraz Stanisławy Horodyskich. Mój dziadek urodził się 3 sierpnia 1903 i był synem Katarzyny i Piotra Horodyskich. Miał trzech braci i jedną siostrę. Moja babcia urodziła się 7 lutego 1904 i była córką Antoniny i Antoniego Szymańskich. Miała dwóch młodszych braci.

Dziadek i babcia pobrali się 24 lipca 1927 roku. Wkrótce potem podjęli decyzję o przeprowadzce do innego kraju – do Kanady. Dziadek opuścił Polskę sam w wieku dwudziestu czterech lat. Wydaje mi się, że w tamtych czasach dość powszechnym było to, że mężczyzna będący głową rodziny emigrował najpierw, by zadbać o miejsce w nowym kraju. Przeprawił się przez ocean na pokładzie statku Estonia i dotarł do Halifax w prowincji Nova Scotia w Kanadzie w kwietniu 1928 roku.Następnie przemierzył Kanadę pociągiem, co zajęło mu prawie tydzień. Wielu imigrantów z Europy Wschodniej osiedlało się w centralnej części kraju (na preriach), by prowadzić tam gospodarstwa rolne. Dziadek postąpił inaczej. Dotarł do zachodniego wybrzeża Kanady – do Vancouver w prowincji Kolumbia Brytyjska.Mimo że nie mówił po angielsku, musiał znaleźć jakieś zakwaterowanie. Udało mu się wynająć pokoik od innego Polaka. Następnie musiał znaleźć pracę, by móc zarabiać na życie i zacząć odkładać pieniądze na sprowadzenie babci do kraju.

W tamtym czasie, gdy dziadek wyjechał z Polski, babcia już nosiła pod sercem ich pierwsze dziecko. Ich córka, Izabela (której imię później zmieniono w Kanadzie na Isabell), urodziła się 10 lipca 1928 roku.

Po ponad dwóch latach dziadkowi udało się zorganizować transport dla babci i ich dwuletniej wówczas córeczki i w końcu byli w stanie rozpocząć wspólne życie w nowym kraju. Babcia i Isabell wyruszyły w podróż jako pasażerki trzeciej klasy na pokładzie statku Kościuszko. Z kopii dokumentów wynika, że statek ów wypłynął z Gdańska 23 lipca 1930 roku. Obowiązywała wtedy zasada, w myśl której wszystkim dzieciom należało zgolić włosy przed wejściem na pokład. Był to środek zapobiegawczy, którego celem było przeciwdziałanie problemom mogącym pojawić się, jeżeli któreś z dzieci miało wszy.

Po tym jak statek zawinął do portu w Halifax na początku sierpnia 1930 roku, babcia i Isabell wciąż musiały przemierzyć Kanadę pociągiem, by dotrzeć do Vancouver, aby cała rodzina mogła ponownie się zjednoczyć i aby dziadek mógł w końcu spotkać swą córeczkę.

Dziadek musiał znaleźć mieszkanie odpowiednie dla całej rodziny przed przybyciem babci na miejsce. Sam mieszkał w miejscu, które nadawało się tylko dla jednej osoby. Jestem w stanie wyobrazić sobie, że życie wtedy nie było równie łatwe i wygodne jak teraz. Ludzie pracowali ciężko i długo, lecz mimo tego czerpali z życia tyle, ile się dało w ich sytuacji i radzili sobie z tym, co mieli.

>>> czytaj dalej

Babcia w ogóle nie mówiła po angielsku. Dziadek zaś, jako że pracował, zdołał podłapać nieco angielskiego, by porozumiewać się z pracodawcami i kolegami z pracy. Jako że Vancouver było wtedy miastem pełnym imigrantów, byli tam także ludzie mówiący po polsku. Babcia i dziadek z czasem dorobili się wielu dobrych przyjaciół. 21 maja 1931 roku na świat przyszła ich druga córka, Ola (której imię później zmieniono na Olga).

Jako że w domu rodzinnym mówiono po polsku, gdy nadszedł czas, by Isabell poszła do szkoły, pojawił się wielki problem, jako że nie rozumiała zbyt dobrze angielskiego. Dzięki pomocnemu nauczycielowi oraz wyjątkowej bystrości umysłu i chęci do nauki, szybko dogoniła kolegów i koleżanki z klasy. Z biegiem lat dziadek i babcia także nauczyli się płynnie mówić po angielsku.

Lata trzydzieste były dla sporej części Kanady trudnym okresem. Dziadek musiał bardzo ciężko pracować na utrzymanie rodziny. Babcia zajmowała się domem, dziećmi i mężem, co było równie trudnym zajęciem. Trzecie dziecko babci i dziadka, syn imieniem Ken, przyszło na świat 17 listopada 1937 roku.

Nasi dziadkowie nigdy nie posiadali samochodu. Dziadek dojeżdżał do pracy tramwajem lub na rowerze. Babcia także jeździła tramwajem na zakupy i załatwiać różne sprawy.

Za młodu w Polsce dziadek był w kawalerii. To właśnie wtedy mistrzowsko opanował fach kuśnierski. Oprócz pracy wykonywanej na co dzień dziadek produkował także wyroby skórzane takie jak paski, portfele, torebki i inne przedmioty na sprzedaż, co przynosiło dodatkowe dochody.

W roku 1949 babcia poważnie zastanawiała się nad powrotem do Polski, jako że tęskniła za rodziną. Babcia i dziadek wrócili do Polski wraz z Kenem, który miał wtedy prawie 12 lat. Isabell i Olga pozostały w Kanadzie. Obydwie były już po liceum i miały pracę.

Dziadek i babcia szybko zdali sobie sprawę, że nie będzie im łatwo znaleźć w Polsce pracę i znów się tam osiedlić. Wkrótce potem dziadek powrócił do Vancouver, znalazł zatrudnienie i mieszkanie, zebrał pieniądze i zorganizował przejazd dla babci i Kena.

W latach pięćdziesiątych, za radą Isabell, babcia i dziadek kupili dom. Nie byli wcześniej właścicielami domów, w których mieszkali, zawsze przychodziło im płacić czynsz. Isabell wiedziała, że kupno domu to dobra inwestycja.

W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych babcia, Isabell oraz Olga przesyłały paczki krewnym w Polsce. Paczki te zawierały ubrania, z których wnuki już wyrosły, ale które wciąż nadawały się do przekazania młodszym krewnym.

Gdy moja siostra i ja, a także nasi kuzyni, byliśmy bardzo młodzi, czasem dostawaliśmy książki dla dzieci od krewnych z Polski. Jako że nie umieliśmy mówić ani czytać po polsku, babcia czytała nam na głos i tłumaczyła czytane historie.

Na przestrzeni lat babcia i dziadek kilka razy wybierali się do Polski, aby odwiedzić swe rodziny. Zawsze przywozili ze sobą prezenty dla wnuków, a wiele takich prezentów było wspaniałymi dziełami rąk krewnych.

Rodziny w Kanadzie i w Polsce zawsze wymieniały ze sobą wiele listów i pocztówek. Co więcej, Isabell, Olga oraz Ken mieli okazję odwiedzić Polskę, aby zobaczyć kraj, z którego pochodzili ich rodzice, oraz spotkać wielu z członków rodzin babci i dziadka.

Jako że każde z trójki dzieci babci i dziadka dorobiło się dwójki własnych dzieci, dziadkowie mieli sześcioro wnucząt, pięć dziewczynek i jednego chłopca.

Dziadek umarł w listopadzie 1988 roku w wieku osiemdziesięciu pięciu lat, zaś babcia odeszła w lipcu 1991 roku, mając osiemdziesiąt siedem lat. Ken i Isabell także umarli, odpowiednio w lutym 2013 roku oraz w styczniu 2015 roku.

Moi dziadkowie byli życzliwymi, opiekuńczymi oraz niezwykle szczodrymi osobami. Proponowali pomoc zawsze, gdy była potrzebna. Cenili sobie wykształcenie, jako że sami nie byli w stanie uzyskać dostępu do wyższego wykształcenia za czasów swej młodości w Polsce. Zwłaszcza dziadek często podkreślał to, jak ważne jest dobre wykształcenie.

Bardzo podziwiam swoich dziadków – to, w jaki sposób żyli, ich wartości oraz to, że stali się dla mnie wzorami do naśladowania.


Autorka: Pamela L. Harman Hollingshead wspólnie z matką Olgą Harman
galeria