o projekcie
archiwum historii mówionej
kolekcje
kontakt
o muzeum emigracji w gdyni
wyszukiwarka
A A wersja kontrastowa
+dodaj swoją historię
Olga  Łyśniowska

Zdjęcie panieńskie babci Eugeniusza Gołybarda, Olgi Łyśniowskiej
 

Eugeniusz Gołybard dostarczył do Muzeum Emigracji wspomnienia o swoich dziadkach i ich emigracyjnych losach.




Dziadek Stefan Gołybard (ojciec mego ojca), którego nigdy nie widziałem (i o którym opowiedziała mi moja ciocia Klaudia – siostra ojca – jeszcze za jej życia), przybył na Gomelszczyznę na początku XX stulecia. Wybudował solidną drewnianą chatę w miasteczku Rzeczyca nad Dnieprem na Białorusi i założył dużą rodzinę - dwóch synów i cztery córki.

O kraju bał się nawet wspominać, zwłaszcza że był prześladowany w czasach sowieckich. Babcia Paraskiewa – jego żona – w sposób tylko jej znany wykupiła go z aresztu NKWD. Nie zachowały się żadne dokumenty świadczące o jego polskim pochodzeniu i powiązaniach z Polską. Lecz wiadomo, że przy każdej okazji udawał się na Sianozawod, osiedla w okolicy Rzeczycy, do mieszkających tam Polaków, co jego żonie Paraskiewie nie bardzo się podobało, zwłaszcza że była prawosławna.

Dzieciństwo panny Oli

Babcia Olga Łyśniowska (matka mojej matki Eugenii), którą bardzo dobrze pamiętam, czasem coś opowiadała, ale fundamentalnych rozmów na temat krewnych w Polsce – w każdym razie ze mną – nie prowadziła.

Moja babcia, Ola, z nazwiska –– jeżeli się nie mylę –– Łyśniowska, albo Łeszniowska, czy nawet Wiśniowska. Nawet jej córka, a moja mama, nie miała pewności, co do brzmienia jej nazwiska, a w zaświadczeniu ślubnym zostało tylko imię babci. Swoje dzieciństwo na przełomie XIX i XX stulecia spędziła w Białej. Nie dało się na razie bliżej ustalić, gdzie dokładnie to jest. Możliwe, że gdzieś w pobliżu Krakowa, najbardziej prawdopodobnie pochodziła z Bielska-Białej. Zachowało się panieńskie zdjęcie Oli, na odwrotnej stronie którego czytamy: "Franciszek Kryjak. Zakład artystyczno-fotograficzny w Krakowie, ul. Dominikańska, 3". Teraz tam już nie ma tego zakładu.

Ojciec panny Oli, pan Aleksandr Łyśniowski pracował jako dyspozytor w firmie, która zajmowała się renowacją, remontami i konserwacją teatrów, hoteli i zabytków historycznych. Odpowiadał za układanie kontraktów na wykonanie prac na terenie Ukrainy, dlatego często udawał się do Kijowa, gdzie firma zawsze miała klientów. Matka panny Oli – pani Augusta – pochodziła z Graz w Austrii, gdzie miała krewnych i dokąd pewnego razu cała rodzina Łyśniowskich udała się na wesele. Z tego wydarzenia mała Ola zapamiętała szpaki, które podobno miały podcięte języczki i powtarzały słowa w języku niemieckim, oraz wielkiego kaktusa, który raptem pękł pośrodku wesela i okazał światu wielki piękny kwiat.

Jak opowiadała moja matka, jej babcia, a moja prababcia –– pani Augusta –– miała twardy charakter i starała się wychować dzieci (zwłaszcza córki) na wzór niemiecki, z pogardą dla wszystkiego, co polskie. Wobec córek ustawicznie trzymała się jednego tematu: „Za mego życia żadna z was nie wyjdzie za mąż za Polaka!". Przez pewien czas Ola podobno wychowywała się w klasztorze.

W rodzinie Łyśniowskich było pięcioro dzieci: Nelli, Maksymilian (Maks), Stefania, Leopold (Lolo) i Olga. Do najstarszego Maksa Olga miała największe zaufanie i potem, już w latach panieńskich, kilka razy była u niego w gościnie, kiedy pracował w Łodzi jako kierownik administracyjny browaru. Miała o tym świadczyć pocztowa widokówka z lat 30-tych, długo przechowywana jako szczególnie wartościowa pamiątka, dopóki nie stała się niebezpiecznym dowodem istnienia krewnych za granicą. Na widokówce: zdjęcie wielkiego gmachu browaru z trzema wysokimi kominami.

Kto wie, czy nie istnieje jeszcze teraz, wśród starych dokumentów tego browaru jakieś świadectwo, które uściśliłoby interesujące nas fakty oraz osoby z nim powiązane?



>>> czytaj dalej

Przenosiny do Kijowa

W roku 1906 ojciec Oli na prośbę swego przyjaciela (jego imię się nie zachowało), który mieszkał wtedy w Kijowie przy ul. Funduklejowskiej (teraz – Bogdana Chmielnickiego), akurat prostopadle do ul. Pirogowa, załatwił miejsce pracy dla swojej córki. Panna Ola pracowała w tej rodzinie jako guwernantka, „by dzieci nie zapomniały języka ojczystego". Zwłaszcza, że oprócz rodzinnego polskiego panna nieźle mówiła po niemiecku i francusku.

W 1910 roku panna Ola wyszła za mąż za Wasyla Gorianyjego (zachował się dokument) i w tym samym roku urodziła moją przyszłą matkę, Eugenię. Mąż pani Oli na początku nie bardzo się sprzeciwiał katolickim upodobaniom i przyzwyczajeniom żony, która między innymi była członkiem rady parafialnej kościoła św. Mikołaja w Kijowie. Rodzina wtedy mieszkała niedaleko kościoła (przy ul. Protasow Jar) i pani Ola bardzo przyjaźniła się z duszpasterzami.

Moja mama nieraz opowiadała mi jak wielkie wrażenie zrobił na niej piękny obrzęd konfirmacji dziewcząt, który odbywał się w kościele św. Mikołaja. Ale w 1926 roku pewnego dnia zabrano do więzienia kapłanów. Wtedy pan Wasyl, który zawsze normalnie siedział pod pantoflem żony (o czym ze szczególną satysfakcją nie ustawała przypominać przy byle okazji moja matka), zrobił w domu straszną awanturę, postawił sprawę bardzo ostro i kategorycznie zabronił nie tylko uczęszczać do kościoła, ale nawet rozmawiać na ten temat. Zresztą i tak sytuacja stała się oczywista: aresztowano niektórych członków rady parafialnej, a wkrótce świątynia została kompletnie splądrowana przez sowietów. Zniszczono organy i cały majątek parafii… Potem kościół był wykorzystywany kolejno jako archiwum, magazyn, spichlerz, a po drugiej wojnie światowej – jako stacja radiowa KGB, szczególnie do zagłuszenia różnych „głosów z zagranicy"…

Wojenne rozproszenia

Córka jednej z sióstr babci Oli, a mianowicie córka Stefanii, podobno była małżonką ambasadora Polski w Trieście nad Adriatykiem. Podczas drugiej wojny światowej jej mąż został rozstrzelany przez gestapo (informacja ustna), a jego żonie udało się powrócić do kraju, do swojej matki Stefanii.

Wówczas, podczas okupacji niemieckiej, Olga Goriana (Łyśniowska) skorzystała z faktu, że jej matka Augusta pochodziła z rodziny austriackiej, załatwiła odpowiednie papiery i prawie na siłę wymusiła na mężu Wasylu wyjazd z Kijowa do Polski. Przez pewien czas mieszkali u Stefanii i razem z nią odwiedzili grób ich matki Augusty (znajdujący się podobno w Łodzi).

Po wstąpieniu wojsk radzieckich do Polski, a zwłaszcza pod koniec roku 1946, komendantury wojskowe zaczęły szukać i zabierać wszystkich, którzy pochodzili z terenów ZSRR i wywozili ich na Wschód.

Serce Oli rwało się między krajem ukochanym, w którym była między swymi, a zostawionymi w ZSRR dziećmi, które zresztą od dawna miały swoje rodziny i były wówczas, jak na tamte czasy, całkiem nie najgorzej sytuowane.

W końcu przeważyła opinia męża Wasyla, który uważał, że wszystko jedno. Wszechwiedzące NKWD kiedyś i tak do nich zapuka i wtedy zagłada czeka całą rodzinę, więc muszą powrócić do Kijowa. Tak więc Olga i Wasyl upozorowali się na powracających z obozów ze strefy amerykańskiej i trafili do tymczasowego obozu sowieckiego pod Kijowem, skąd moja matka wykupiła rodziców u sierżanta łagru za litr bimbru i dwa bochenki chleba.

Nieprzerwana tęsknota

Olga Łyśniowska do końca swego życia (zmarła w 1957 roku) wyraźnie tęskniła za krajem i nie przyzwyczaiła się do warunków życia sowieckiego na Ukrainie, gdzie nie miała nikogo, komu mogłaby całkowicie zaufać i nie bać się. Nawet ze strony własnej rodziny nie mogła liczyć na zrozumienie. Rzadko używała polskich słów, ale kiedy była zdenerwowana, zaczynała mówić bardzo szybko i wtedy jej język rosyjski stawał bardziej podobnym do polskiego. Wtedy mnie to śmieszyło, a teraz jest mi wstyd.

Pierwsze lekcje języka polskiego otrzymałem właśnie od Babci: alfabetu nauczała mnie według napisów na wielkiej puszce od konserw, w której trzymała swoje nitki, wełnę i narzędzia dla robótki… Słowo „Biała" wymawiała bardzo rzadko, z jakimś szczególnym przejęciem i jakby w zamyśleniu. W takich chwilach widzieliśmy, że Babcia przebywa gdzieś daleko. Tylko w sobie znanym świecie.